Fragment książki Eremity - "Wprowadzenie do modlitwy mistycznej" - wydanej przez Wydawnictwo eSPe - 2011:

 

ZAROZUMIAŁOŚĆ A OFIARA Z SIEBIE

Zawsze na krawędzi dwóch otchłani
musisz kroczyć, nie wiedząc,
jaki urok,
Niczego czy Wszystkiego,
cię strąci.


  Na tym etapie należy uważnie rozważyć ewangeliczną przypowieść o faryzeuszu modlącym się w świątyni (por. Łk 18,9-14).
  Dzięki ukoronowanym sukcesem wysiłkom w zachowywaniu nakazów religijnych faryzeusz mógł uważać się za sprawiedliwego przed Bogiem. Oto jego modlitwa:

Dziekuję ci, o Panie,
że nie jestem jak inni ludzie:
złodzieje, niesprawiedliwi, cudzołożnicy.
Ja poszczę
dwa razy w tygodniu
i płacę wszystkie podatki.

 
  Taka pełna pychy opinia o samym sobie czyni łaskę Bożą obecną w człowieku całkowicie jałową.
  Wszyscy mieliśmy możliwość się przekonać, że niektórzy wierni, mimo długiego okresu pobożnego życia, nie zwalczyli w sobie duchowej pychy, ale przekształcili ją w ambicję sukcesu moralnego, łudząc się przez to, że są dobrzy.
  Mówią oni: "Potrafię się umartwić, udaje mi się wypełniać praktyki religijne, praca jest modlitwą, więc pracuję dużo i się nie modlę, itd.." Niektórzy nawet potrafią "recytować modlitwy" przez całe życie i przez całe życie patrzą krzywo na bliźnich.
  Taka zuchwała postawa jest przeszkodą, a nie pomocą w osiągnięciu prawdziwej jedności ze Stwórcą. Co więcej, takim osobom trudno jest oddawać cześć Bogu, jeśli nie cieszą się oni odpowiednim uznaniem z zewnątrz. W tym celu stosują przeróżne zabiegi, aby zyskać poważanie i pochwały innych. Kiedy je otrzymują, są usatysfakcjonowane. Jeśli zaś zobaczą, że ich działania przynoszą efekty, mnożą swoje pokuty albo nazywają pokutą to, co dla wielu innych ludzi jest codziennym przyzwyczajeniem.
  Zdarza im się też udawać, że chętnie zajmują ostatnie miejsca, pod warunkiem jednak, że ktoś nie przydzieli im miejsca niższego niż to, jakie uważają za właściwe dla siebie. W ten sposób tacy ludzie udowadniają, że nie są jeszcze gotowi na otrzymanie od Boga łaski oczyszczenia.
  Koniecznie powinniśmy unicestwić pragnienie kierowania naszym życiem duchowym, jak gdyby całkowicie od nas zależało. Gdyby tak się nieszczęśliwie złożyło, że tkwilibyśmy w przekonaniu, iż Bóg za nasze wysiłki w dziedzinie moralności nagrodzi nas swoją łaską, bylibyśmy wyznawcami herezji pelagiańskiej. Jest ona bodaj najgorsza ze wszystkich, bowiem brakuje w niej prawdziwej ufności pokładanej w Stwórcy: według jej wyznawców grzech pierworodny nie został nam przekazany realnie, zatem łaska pomaga nam nie tyle w czynieniu dobra, ile raczej w czynieniu go łatwiej.
I  stnieją także wierzący naprawde pokorni. Wyczuwają oni, że kiedy z prostotą poświęcają się cnotom, mogą to zrobić tylko dla tego, że wspiera ich łaska Boga. Nie osiągają ich dzięki swej wytrwałości, lecz - przeciwnie - to bezinteresowna łaska Bożą pozwala dojrzewać wierności w ich duszach.
Kto nie potrafi w to uwierzyć, nie jest jeszcze ubogi w duchu, nie chce zostać objęty nawet pierwszym z błogosławieństw ewangelicznych (por. Mt 5,3), zatem daleki jest jeszcze od królestwa.
  Herezja pelagiańskia jest potężną ideologią odwodzącą od modlitwy, bowiem prawdziwa modlitwa to akt czystego powierzenia się Bogu: nad tym zagadnieniem św. Augustyn medytował całe swoje życie.
  Uczciwy chrześcijanin potrafi stanąć przed Bogiem z pustymi rekami, nie mając nic swojego, co mógłby Panu ofiarować, poza własną niezdolnością kochania Stwórcy. Ta niezdolność wprawia go w zakłopotanie, ale również wypełnia nadzieją, bowiem przed Bogiem człowiek mówi:

Jestem niezdolny, Panie, ale w Tobie mogę wszystko,
bo to ubóstwo, którego nie chcę,
Ty mi dałeś,
tak, aby zostało wypełnione Twoim bogactwem,
które czyni mnie synem.

  Święta Teresa z Lisieux mówiła tak: "Mam nadzieję, że stanę przed Panem z pustymi rękami, w ten sposób On będzie czuł sie w obowiązku, aby mnie zbawić!". Chciała nam przekazać, że jeżeli staniemy przed Nim, pokładając nadzieję w naszych dłoniach pełnych uczynków czy też rzekomych zasług, On może nam odpowiedzieć: "Teraz zbaw się sam, jeśli chełpisz się swoimi czynami. Ja idę zbawiać tych, którzy ich nie mają, bo oni sa biedniejsi od ciebie; mogą pokładać nadzieję tylko we mnie".
  Musimy zrozumieć, że nasze słabości nie są czymś zewnętrznym, przypadkowym i marginalnym, a zatem w życiu nie będziemy mogli całkowicie się ich pozbyć. O pewnej osobie, która nie brała tego pod uwagę, matce Angelice, przeoryszy Port-Royal w siedemnastowiecznej Francji, powiedziano: "Była czysta niczym anioł i pyszna niczym demon".
  Bóg nie wie, co miałby robić z doskonałym świętym, który nie pamięta, że wciąż jest grzesznikiem. Taki człowiek byłby idealnym przykładem wcielonej pychy. Pan woli grzesznika pełnego niedoskonałości, który każdego wieczoru potrafi błagać, wzywając Jego ojcowskiej czułości.
  To nie nasze niedostatki oddzielają nas od Boga. Przeciwnie, one sprawiają, że nie ufamy sobie samym i pokładamy nadzieję w Stwórcy. To jest właściwy kierunek ku modlitwie mistycznej, do której pragniemy dotrzeć.
  Dlaczego zatem niewielu jest tych, którzy osiagają ten stan jedności z Panem? Bo większość boi się przebyć drogę zjednoczenia: ludzie rozumieją, że jest to zarazem droga bolesnego oczyszczenia i że - aby dotrzeć do końca - muszą oderwać się od samych siebie.
  Gdyby tylko wiedzieli, że istnieje stan uprzywilejowany, pozwalający bez stachu wkroczyć na drogę prowadzącą do serca Chrystusa! Ten stan duchowego przywileju nie wynika z naszej wewnętrznej siły, lecz z naszej wewnętrznej kruchości, z której zdajemy sobie sprawe dzieki Bożej łasce.
To dzieki naszym upadkom Pan potrafi rozpalić pragnienie upodobnienia naszego nędznego serca do Boskiego serca Chrystusa!
  Aby to osiągnąć, wcale nie trzeba być duchownym. Droga oczyszczenia dostępna jest każdemu, niezależnie od stanu (świeckiego czy duchownego) w jakim żyjemy. Ważne jest tylko to, byśmy uświadomili sobie pragnienie Boga: On chce nas ze sobą zjednoczyć.
  Jeżeli będziemy o tym pamiętać, będziemy umieli prosić Pana, aby zwiększył nasze zaufanie w Nim pokładane, kimkolwiek jesteśmy. A Jego Duch chętnie działa w tym względzie!
  Wówczas można zauważyć, że im bardziej umacnia się nasza wiara w Jezusa, uwalniając nas od fałszywych opinii, tym bardziej maleje pewność pokładana w naszej osobistej zdolności do heroicznych umartwień. W końcum bez żadnych napięć, lecz w pełnej prostocie, dochodzimy do odkrycia sensu naszej bolesnej ascezy. Nie my działaliśmy, lecz Duch działał w nas, co było możliwe dzięki temu, że przyznaliśmy się do naszej nieudolności.
Istotą rzeczy jest - powtarzam - ofiarownie Jezusowi naszych osobistych niedostatków i naszego nieporządku. Ta ofiara powinna stać się codziennym nawykiem.
  Jeżeli człowiek wkracza na drogę bliskości z Bogiem, ale nie dochodzi do umiejętności ofiarownia Mu duchowo swej nagości, wówczas prowokuje Go i rzuca Mu wyzwanie. Wtedy Pan pozwala, aby dotknęły nas straszliwe noce zmysłów i duszy. Będziemy mówić o tym dalej. Ciężar owych cierpień będzie tak wielki, że wystarczy, aby zupełnie przekreślić nasze umiejętności: wówczas wreszcie rzucimy się w ramiona Pana, bo już nie będziemy mieli innego wyboru. Jeśli Bóg pragnie, aby coś się w nas narodziło, sprawia, że tak się staje!
  Stwórca pragnie, abyśmy pojęli, że nasza modlitwa musi mieć tylko jeden nadprzyrodzony cel - zjednoczenie nas z miłością Boga, który chce w pełni zamieszkać w naszych sercach: "Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam" (1J 4,16).
  Taka modlitwa jest pragnieniem uczestnictwa w miłości trynitarnej. Pamiętajmy zawsze, że prowadzi nas tam tylko jedna brama: Jezus Chrystus. "Ja jestem bramą. Jezeli ktoś wejdzie przez Mnie, będzie zbawiony" (J 10,9). "Ja jestem drogą i prawdą i życiem" (J 14,6).
  Ożywiona miłością wiara w Jezusa umacnia nasze kruche serce i pozwala mu zajaśnieć niczym obraz miłosierdzia Bożego. Jezus jest jedynym uzdrowicielem wyzwalającym nas z naszych lęków. On przyjmuje nas w łasce, rozpalając w nas prawdziwa szczęśliwość. Nikt inny!
Jeżeli nasze serce stanie się świadome swojej nicości, będzie mogło wszystko w Tym, który daje Mu siłę (por. Flp 4,13). Takie serce nie będzie już przygnębione porażkami, a zwycięstwa nie wpędzą go w pychę.
  Jest jednak coś więcej. Nasze niedostatki mogą wręcz stać się podstawową strukturą naszego życia duchowego, i to do tego stopnia, że nasze zaufanie do Boga będzie triumfować również w przypadku naszej ewentualnej porażki, nawet wobec najstraszliwszych upokorzeń.
  Oto przykład. Aby nie pozwolić nam wpaśc w pychę będącą grzechem Lucyfera, Bóg pozwala niekiedy, aby przetrwał w nas inny grzech o mniejszym ciężarze. Pan powstrzymuje chwilowo swoją łaskę, pozostawiając nas w mocy naszych sił, abyśmy mogli doświadczyć rozczarowania i stwierdzić, jak mało naprawdę jesteśmy warci.
  Z tego powodu, kiedy uwalniamy się od jakiejś wady i zaczynamy myśleć, że jesteśmy już porządnie oczyszczeni, ktoś zwraca nam uwagę na inną, jaszcze gorszą przywarę. Może to być brak równowagi charakteru czy osobowości, w obliczu którego nie możemy dłużej negować naszej faktycznej przynależności do grona grzeszników. Musimy więc przyznać, że wcale nie jesteśmy oczyszczeni.


  Wracamy zatem do skruchy i postawy modlitewnej i powierzamy się, pokonani, miłości Ojca. W ten sposób pozwoliliśmy się poskromić naszym niedostatkom, zamiast zuchwale je atakować. "Bóg wybrał własnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców; wybrał to, co niemocne, aby mocarnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by żadne stworzenie nie chełpiło się wobec Boga"(
1 Kor 1,27-29).

Joomla templates by a4joomla